Rodzice zamiast dyrekcji. Co roku egzaminy z każdego przedmiotu i to całego materiału naraz. Brak własnej klasy, ale również dzwonków, obowiązku wstawania o szóstej trzydzieści i siedzenia w ławce na etat lub jego część… Poza tym mnóstwo wolnego czasu, który można przeznaczyć na przeróżne rzeczy – i uczenie się we własnym tempie. To właśnie spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą.
Media interesują się edukacją domową (ED – będziemy używać takiego skrótu) głównie wtedy, gdy można zamieścić emocjonujący i domagający się natychmiastowego zajęcia stanowiska artykuł. W zależności od tego, która władza akurat „przykręca śrubkę” lub „luzuje” prawo dotyczące tzw. homeschoolingu, cieszą się jej zwolennicy. Tymczasem ED nie jest ani lewicowe, ani prawicowe. Jest za to o wiele starszym rozwiązaniem niż szkoła i można śmiało twierdzić, że opiera się na prawie naturalnym: to rodzice odpowiadają za wychowanie, w tym edukację dzieci i oni mają prawo zorganizować ją w zgodzie z własnymi przekonaniami.
Państwo wie lepiej?
Ilekroć w historii koncepcyjnie (jak Platon w Państwie) czy praktycznie (jak władza pruska, francuska czy dzisiejsza niemiecka) odbierano rodzicom to prawo, czyniono to na mocy przekonania, że państwo wie lepiej i z całą pewnością zrobi to lepiej. Czy faktycznie? Możemy na podstawie licznych obserwacji powszechnego szkolnictwa powątpiewać.
Swoje rodzicielskie prawa rodzice mogą realizować na różne sposoby – w tym wysyłając dziecko do wybranej przez siebie szkoły. Ten wybór zawężają oczywiście możliwości danej rodziny, ale też miejsca, w którym ona żyje. Oczywiście, nie ma sytuacji idealnych i edukacja domowa również taką nie jest. W dodatku ona również, jako zjawisko społeczne, ulega przemianom.
Uwaga na kryzysy!
Największa zmiana zaszła w wyniku tzw. pandemii koronawirusa – gdy państwo zarządziło zdalną edukację, niektóre dzieci i ich rodziny zauważyły pewne plusy takiego sposobu życia. Czy dla każdego było to korzystne? Na pewno nie, bo czasem wzmacniało problemy lękowe czy wręcz je tworzyło. Tu winy nie ponosi jednak ED, a raczej tryb zdalny i liczne kwarantanny oraz generalnie atmosfera zagrożenia tworzona przez przekaz medialny.
Zresztą rozpowszechnienie kryzysów wśród nastolatków jest związane ze zwykłym dziś modelem życia: bardzo szybkim, niezwykle wymagającym, w którym rodzina mija się ze sobą, a dzieci spędzają całe dzieciństwo w różnych placówkach. Przemęczeni rodzice uciekają się do oddawania dzieci pod wątpliwą opiekę elektronicznych nianiek, które jeszcze bardziej alienują młodych ludzi od świata i samych siebie. A także od rodziny i jej wpływu wychowawczego, w tym – religijnego.
Grupy, wycieczki, zajęcia w plenerze…
Edukacja domowa miała być alternatywą dla takiego świata. Oczywiście, nie każdy rodzic wybierający taką formę edukacji jest osobą religijną, dla niektórych miała to być wręcz ochrona przed domniemaną indoktrynacją religijną szkoły. Jednak większość środowiska edukatorów domowych prezentowała przez długi czas odwrotne stanowisko. W edukacji bez Boga – oceniali – dzieci wypłukiwane są z wiary, w dodatku wraz z generalnym kryzysem wychowawczym w Polsce podlegają coraz gorszemu wpływowi rówieśników, demoralizowanych chociażby przez łatwy dostęp do wszelkiego brudu świata – smartfon w niemal każdej dziecięcej kieszeni.
Tak czy inaczej, edukacja domowa została zdominowana przez rodziców świadomych, uważnych, z pomysłem i ikrą, by te pomysły realizować. Zwłaszcza w pierwszych latach szkoły, gdy materiału jest względnie mało, dzieci ED nieustannie organizowały się na wycieczki, zajęcia w plenerze (z leśnikiem, stolarzem, zielarką czy w zakresie sztuki przetrwania), przeróżne grupy zabawowe i edukacyjne.
W różnych formacjach zuchowych i harcerskich, ministranturze czy szkołach muzycznych również spotkać można nadreprezentację dzieci uczonych w domu. Mam hipotezę, że średnia liczba wypożyczonych z biblioteki książek na statystyczną rodzinę szkolną i homeschoolingową znacznie się różni na korzyść tej drugiej. Dla niektórych ED stała się sposobem, by przy pracy zdalnej realizować marzenia podróżnicze, ucząc się w drodze.
Mity o samotności i izolacji
Często możemy spotkać się z pytaniem: czy dziecku w edukacji domowej nie grożą samotność i izolacja od rówieśników, a nawet w ogóle od świata? Wszystko zależy od konkretnych rodziców i ich pomysłu, ale wydaje się to raczej rzadkie, przynajmniej w klasycznej ED, niezamykającym dziecka w pokoju z komputerem. Po pierwsze, statystycznie są to większe rodziny – a zatem rodzeństwo do pewnego stopnia zapewnia towarzystwo. Po drugie, trzymają się blisko innych takich rodzin, bo tak łatwiej jest podołać przeciążającemu mamę zadaniu (wchodząc w różne formy wymian i współpracy edukacyjnej), a to bardzo się sprawdza społecznie. Po trzecie – korzystają z form grupowych organizowanych czy to przez placówkę (każdy uczeń ED jest zapisany do konkretnej, odpowiadającej za niego szkoły, której dyrektor wyraził zgodę na prośbę rodziców na taką formę), czy przez gminę lub inny podmiot – a mają na to więcej sił i czasu niż uczniowie szkolni.
Wreszcie w każdej grupie znajdą się osoby nieśmiałe, bardziej introwertyczne, z natury zachowawcze społecznie. Czy mamy pewność, że niektóre dzieci szkolne nie cierpią z tego samego powodu, chociaż „mają dostęp do rówieśników”? Albo czy nie wybierają multimediów zamiast kontaktu ze światem i dziećmi? Dziś to powszechny problem, a od września zobaczymy, czy wreszcie dzięki szkolnemu zakazowi smartfonów dzieci znów zaczną rozmawiać ze sobą na przerwach. Zapewniam Czytelnika, że w wielu szkołach skala kontaktu rówieśniczego zmniejszyła się w sposób niewyobrażalny, nie mówiąc już o pisaniu sprawdzianów „z pomocą” pod ławką.
Indywidualnie – łatwiej i szybciej
Jaki może być poziom i efektywność edukacji, której nie prowadzi specjalista tylko rodzic? Przecież nikt nie może ogarnąć jednocześnie materiału z wszystkich przedmiotów. Nie, ale może zorganizować pomoc dla siebie, ponadto nigdy nie było tyle tak łatwo dostępnych materiałów, w tym nauczycielskich, jak dziś. Poza tym… przecież kiedyś my wszyscy musieliśmy się tego nauczyć, prawda? I do dziś to potrafimy, bo przecież uczyliśmy się porządnie… Oczywiście to żart, niemniej warto spojrzeć na problem i z tej perspektywy. Indywidualnie uczy się łatwiej i szybciej.
Nie jest moją intencją przekonać Czytelnika, by stał się entuzjastą-praktykiem edukacji domowej. Chciałabym natomiast, by po lekturze dostrzegł, że to jedna z możliwych ścieżek, mająca swój wyjątkowy potencjał. Nie jest to rozwiązanie dla każdego rodzica, dziecka i rodziny. Osoby zainteresowane tematem mogę zaprosić na mój kanał YT Psycholog z innej Bańki, gdzie w zakładce Psycholog uczy w domu dzielę się swoimi ośmioletnimi doświadczeniami na ten temat.
Copyright © by STOWARZYSZENIE KULTURY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ IM. KS. PIOTRA SKARGI | Aktualności | Piotr Skarga TV | Apostolat Fatimy