Urodzony w r. 1386 w mieście Capistrano w południowych Włoszech, jako syn oficera, poczuwszy powołanie duchowne, wstąpił do Franciszkanów. Przez 30 lat zajmował się z polecenia trzech papieży zwalczaniem kierunków heretyckich, jakie pojawiały się wówczas we Włoszech. Kiedy św. Bernardyn ze Sieny, starszy tylko o sześć lat, wszczął w zakonie franciszkańskim usilne starania o przywrócenie reguły pierwotnej, znacznie surowszej, przyłączył się do tego ruchu Jan Kapistran.
Nastąpił rozdział Franciszkanów na dwie gałęzie "konwentualnych", którzy pozostali przy takim obyczaju zakonnym, jaki przyjęty był około r. 1400 - i "obserwantów", którzy postanowili "obserwować" obyczaj surowszy, zwłaszcza przestrzegać ściśle ubóstwa. Tych w Polsce nazywano i nazywa się Bernardynami.
W r. 1450 wyprawił papież Mikołaj V Jana na północ celem zwalczania husytyzmu. Gdy wkrótce potem przebywał we Wrocławiu, otrzymał zaproszenie od króla polskiego i biskupa Oleśnickiego, wówczas już kardynała. Chodziło o misję wschodnią wśród schizmy.
Nie mogąc sam przyjechać od razu, wyprawił jeszcze w roku 1452 trzech swoich uczniów, kapłanów zamiłowanych w misjonarstwie. Ci dojechali aż do Mołdawii, a potem przedsięwzięli drugą podróż i dotarli aż do Moskwy, skąd jednak ich wyproszono. [...]
Wielki kaznodzieja w Krakowie
Dnia 28 sierpnia 1453 roku przybył do Krakowa św. Jan Kapistran. We współczesnym opisie, pochodzącym od naocznego świadka, czytamy co następuje: "Wyszły naprzeciw tego błogosławionego męża nie tylko zakony, ale wszystko duchowieństwo miasta Krakowa i magistrat w procesji, z chorągwiami; a mieszczanie, mężczyźni i niewiasty wylegli tłumnie na dwie mile. Wyruszyło całe nieledwie miasto, a król Kazimierz z matką swoją Zofią i Zbigniew (Oleśnicki) kardynał i biskup krakowski, z wielkim zastępem rycerzy i w polu przed Kleparzem go przyjmują i z wielką chwałą prowadzą do miasta. Wielka była z jego przybycia radość duchowieństwa i ludu, dlatego i wszelki człowiek wysypał się naprzeciwko niemu".
Wielkim misjonarzem okazał się św. Jan Kapistran już we Włoszech, w Niemczech, w Czechach (na Morawach), a zawdzięczał dar nawracania nadzwyczajnej wymowie kaznodziejskiej. Czyta się o tym rzeczy, którym nie dawałoby się wiary, gdyby się nie wiedziało, że opisy pochodzą od osób wiarogodnych; a przy tym brzmią wszędzie jednakowo, z jednakim zachwytem. Świątobliwość jego budziła cześć, a moc cudotwórczą przypisywano mu powszechnie; ale najwięcej sławy i podziwu zbierał z kazań.
Wszyscy zgadzają się na to, że święty ten należy do najznakomitszych kaznodziei całego świata. A był "niskiego wzrostu, umartwionej postaci, suchego ciała. Przez skórę wyraźnie przebijały kości. Łysy, na głowie miał tylko trochę białych włosów; za to nosił długą brodę... osobliwie długie miał ręce; sięgały po kolana". Tymi rękoma gestykulował nieustannie i w ogóle całe swe ciało wprawiał w ruch, gdy przemawiał. Dodajmy, że liczył lat 67, gdy zawitał do Krakowa.
Nie posiadał więc wcale zewnętrznych warunków na mówcę. Ale jego oblicze pod pomarszczonym czołem wyglądało czerstwo, wesoło, żywo. Kazanie trwało zwykle dwie godziny i tłumy słuchały, nawet nie rozumiejąc co mówi, bo mówił po łacinie, po czym dopiero któryś ksiądz tłumaczył to na polski, co trwało znów choćby godzinę. Żaden kościół nie pomieściłby tłumów jego słuchaczy! Przemawiał na rynku krakowskim, stając na jakimś wzniesieniu przed kościołem Świętego Wojciecha. "Mężczyźni i niewiasty chcieli widzieć tego człowieka, tak cudownego; łzy radości ciekły po wszystkich twarzach, ręce wyciągały się ku niemu, błogosławiono świętemu mężowi, dzięki czyniono Bogu; wszyscy cisnęli się, by choć szaty jego dotknąć. Aby go ujrzeć, ludzie włazili na dachy, aż pod nimi łamały się krokwie. Podczas kazania ustawała praca, zamykano kramy, wszystko tylko do niego się garnęło". A skutki kazań? całe gromady pokutujących za grzechy, setki i setki ślubów życia skromnego, a stosy całe strojnych ozdób i wszelkich marności wystawnego życia składano na rynku i podpalano! Co za moc cudotwórcza w jego wymowie, skoro drobna tylko część słuchaczy mogła go rozumieć! A jednak cała ta rzesza płakała ze wzruszenia, wpatrzona w ruchliwą twarz kaznodziei, która wydawała się im twarzą anioła zesłanego od Boga!
Cudem istnym były te kazania, ale kaznodzieja sprawiał także inne cudy. Gdziekolwiek przebywał, dwa razy dziennie odwiedzał chorych. Przynoszono ich także i kładziono wkoło. Kapistran z towarzyszami obchodził ich, kładł ręce na nich, modlił się i dotykał relikwiami świętych, zwłaszcza biretem i krwią św. Bernardyna. Uzdrowienia zdarzały się codziennie. Wielkie mnóstwo chorych, ślepych, chromych i innymi cierpieniami obarczonych wyleczył na oczach ludu podczas pobytu w Krakowie; a przeszło sto uzdrowień, mających charakter cudowny, zapisano w tych ośmiu miesiącach.